do Corporate, Publikacje

Poniżej przedstawiam artykuł, który napisaliśmy wspólnie z Bartoszem Karolczykiem oraz Andrzejem Tropaczyńskim, a którego lekko zmodyfikowana wersja została opublikowana w Gazecie Finansowej z dnia 25 października 2013 r.


 

Artykuł jest polemiką z tezami prof. Andrzeja Kidyby oraz prof. Katarzyny Kopaczyńskiej-Pieczniak zaprezentowanymi w tekście pt. Gra na przetrzymanie, czyli czy obowiązuje wola mniejszości („Rzeczpospolita” z dn. 3 października 2013 r.).

Wskazani autorzy twierdzą, że projekt zmian do kodeksu spółek handlowych, wprowadzający do konstrukcji spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (sp. z o.o.) tzw. „udziały beznominałowe” oraz obniżający minimalny kapitał zakładowy do poziomu 1 złotego, oznacza „swoiste „odkapitalizowanie” spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i ukształtowanie jej w sposób istotnie odbiegający od tradycyjnej – w systemie kontynentalnym – natury takiej spółki. Tym samym rodzi zasadnicze zastrzeżenia natury konstrukcyjnej i systemowej w aspekcie normatywnego podziału na spółki osobowe i kapitałowe, a także natury celowościowej.”

Według nas tezy te są nieuzasadnione. Co więcej, nawet gdyby uznać, że tak jest, to istnieją ważkie powody ku temu by odstąpić od niektórych dogmatów prawa spółek, podobnie jak uczyniły to inne kraje europejskie.

Na łamach korporacyjnie.pl wielokrotnie poruszaliśmy tematy związane z postulatami i projektami zmian w prawie spółek handlowych, zwłaszcza tych dotyczących zniesienia w sp. z o.o. wymogu minimalnego kapitału zakładowego, względnie obniżenia jego minimalnego progu do 1 PLN. Planowane w polskim prawie zmiany mają na celu uatrakcyjnić formułę sp. z o.o. jako najpowszechniejszej formy prowadzenia działalności gospodarczej. Chodzi także o zwiększenie konkurencyjności polskiego środowiska prawnego wobec innych jurysdykcji UE, gdzie również w obszarze prawa spółek podejmowane są wysiłki służące przyciągnięciu inwestycji. Dla przykładu w Holandii, którą można uznać za jedną z najbardziej atrakcyjnych i postępowych jurysdykcji w Europie, zniesiono całkowicie wymóg minimum kapitału zakładowego w spółce będącej odpowiednikiem sp. z o.o. Holandia jest tu zresztą tylko przykładem. Istotne zmiany nastąpiły również w szeregu innych państw, nie tylko europejskich.

W tym kontekście dziwi powtarzane przez część polskiej doktryny przekonanie o mitycznej roli kapitału zakładowego, w tym jego minimalnej wysokości. Nie potrafimy też zrozumieć pragnienia absolutnej obrony dogmatów, takich jak ścisły podział na spółki osobowe i kapitałowe, który w XXI w. nawet na pierwszy rzut oka wydaje się archaiczny i trudny do obrony. Rozumiemy pewne „rozczarowanie” spółką komandytowo-akcyjną (związane z aspektami podatkowymi jej działalności), ale fakt jej istnienia jest bardzo wymowny – w systemie prawa spółek mogą i już obecnie istnieją podmioty „hybrydowe”.

8 stycznia 2009 r. obniżono do 5.000 PLN minimalną wysokość kapitału zakładowego w sp. z o.o. (poprzednio 50.000 PLN), co zostało skrytykowane przez część komentatorów. Podobną krytykę wywołuje teraz plan zniesienia w sp. z o.o. minimum kapitału zakładowego, czy też obniżenia takiego minimum do 1 PLN. Twierdzi się m. in., że doprowadzi to do zniesienia linii demarkacyjnej pomiędzy spółkami osobowymi a spółkami kapitałowymi, naruszając kręgosłup obecnych regulacji spółek kapitałowych, w tym obowiązek wniesienia minimalnego kapitału zakładowego.

Wspomniane argumenty nie przekonują. W naszej ocenie pozbawione są one ratio innego niż doktrynalne i nadmierne przywiązanie do dogmatu, którego należy się trzymać bez względu na zmieniające się otoczenie gospodarcze.

Nietrudno naszym zdaniem dostrzec, że linia demarkacyjna pomiędzy spółkami osobowymi a kapitałowymi nie jest czymś magicznym i niezmiennym. W spółkach kapitałowych istnieją przecież elementy osobowe (jak chociażby prawo indywidualnej kontroli wspólnika lub możliwość wyłączenia wspólnika w spółce z o.o.), a w spółkach osobowych elementy znane ze spółek kapitałowych (jak chociażby zarząd w spółce partnerskiej). Co więcej, jak już wspomnieliśmy, w polskim systemie prawnym mamy również do czynienia ze spółką hybrydową, tj. przejawiające cechy spółki osobowej oraz spółki kapitałowej (S.K.A.). Kapitał zakładowy nie jest cechą właściwą wyłącznie spółkom kapitałowym, skoro w polskich warunkach funkcjonuje w ramach spółki osobowej (S.K.A). Naszym zdaniem kapitałowy charakter spółki wyraża się przede wszystkim w kapitałowym charakterze udziału wspólników (w tym w powiązaniu ich uprawnień korporacyjnych z wysokością ich kapitałowego zaangażowania), a nie w obowiązku wniesienia normatywnie określonej, minimalnej kwoty kapitału zakładowego. Nie można też nie dostrzegać, że już obecnie sp. z o.o. zawiera szereg elementów „osobowych” i z pewnością nie jest spółką kapitałową w „czystej” postaci.

Zupełnie nie rozumiemy również troski o popularność w polskim środowisku gospodarczym spółek osobowych. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że spółki osobowe są tu traktowane niemal jak rzadkie gatunki zwierząt, które należy niezwłocznie poddać ochronie. Pytanie tylko, czemu takie działania miałyby rzeczywiście służyć?

Praktycznie od początku istnienia gospodarki rynkowej w naszym kraju, zainteresowanie tego typu spółkami było niewielkie. Wg rocznika statystycznego 2011 w roku 2010 spółek jawnych było prawie 10 razy mniej niż spółek z o.o. Spółek akcyjnych było mniej więcej tyle samo, co komandytowych. Spółek partnerskich oraz S.K.A. było z kolei tak mało, że nawet nie warto tych liczb przybliżać. Zainteresowanie spółkami osobowymi nigdy więc nie rozpędziło się na tyle, abyśmy mieli do czynienia z rzeczywistym „wyhamowaniem zainteresowania” takimi formami prowadzenia działalności. Dotyczy to zwłaszcza spółki partnerskiej oraz S.K.A. Popularność tych podmiotów należy i można budować w sposób aktywny, tzn. ulepszając (upraszczając) przepisy je regulujące, a nie blokując zmiany w „konkurencyjnych” wehikułach. Nie dostrzegamy uzasadnienia dla odmiennej logiki.

Powyższe nie zmienia zresztą faktu, że nadal istnieje bardzo wiele istotnych różnic konstrukcyjnych między spółkami osobowymi oraz spółkami kapitałowymi. Chodzi np. o brak solidarnej i subsydiarnej odpowiedzialności wspólników spółek kapitałowych za zobowiązania spółki, brak prawa prowadzenia spraw spółki przez takich wspólników, uzależnienie uprawnień wspólnika (lub akcjonariusza) spółki kapitałowej od jego kapitałowego zaangażowania, transparentność podatkową w spółkach osobowych, możliwość wnoszenia usług i pracy jako wkładu do spółek osobowych, itd. Biorąc powyższe pod uwagę spółki osobowe nadal będą spełniać potrzeby pewnej części uczestników życia gospodarczego w naszym kraju. Jeżeli w pewnym momencie okazałoby się inaczej, oznaczać to będzie nic innego, jak to, że nie odpowiadają one potrzebom obrotu (czyt. są mało atrakcyjne).

Na marginesie wskazujemy, że tak jak współcześnie w państwach tradycji kontynentalnej odchodzi się od dogmatu minimalnego kapitału zakładowego, tak w państwach systemu common law minimalny kapitał zakładowy nigdy takiego dogmatu nie stanowił. Co więcej, obserwowane jest odejście od minimum kapitałowego nawet w państwach, w których historycznie było ono zakorzenione (np. Japonia). Zwraca się przy tym uwagę na ratio minimum kapitałowego, które w dzisiejszych realiach nie pełni żadnej funkcji ochronnej względem wierzycieli.

Przekładając powyższe twierdzenie na grunt polski, czekamy, aż ktoś nas przekona, że wierzyciel jest skutecznie chroniony przy 5.000 PLN kapitału zakładowego, a przy 1 PLN już nie. To samo (przy aktualnej minimalnej wysokości kapitału zakładowego) tyczy się tezy o przeniesieniu ciężaru ryzyka prowadzenia działalności na kontrahentów spółek z o.o.

Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre podnoszone w doktrynie argumenty wydają się ignorować różnicę między minimalnym kapitałem zakładowym, a majątkiem spółki w ogólności. Wspólnicy pokrywają udziały w sp. z o.o. wkładami, w konsekwencji wnosząc do spółki majątek. Minimum kapitałowe sprawia natomiast, że wspólnicy nie mogą wnieść na kapitał zakładowy wkładu poniżej pewnego progu. Z natury rzeczy jednak wspólnicy zawsze muszą wnieść wkłady do spółki, inaczej spółka nie będzie w stanie rozpocząć działalności. W praktyce taki wkład najczęściej przekroczy obecne minimum. Niezależnie natomiast od tego czy normatywnie określone minimum kapitału zakładowego będzie istniało, nie będzie przecież trwałej gwarancji, że działająca w obrocie spółka z o.o. będzie posiadać jakikolwiek realny majątek. Co równie istotne, wkłady wnoszone przez wspólników z natury rzeczy dostosowane są do rozmiaru działalności jaki wspólnicy przewidują dla zawiązywanej spółki. Nieco upraszczając, im większe wkłady tym większy rozmiar planowanej działalności gospodarczej, a więc i większe możliwości poniesienia strat w dużej wysokości. W tym znaczeniu minimalny kapitał zakładowy, jaki by nie był, stanowi jedynie teoretyczną ochronę wierzycieli. O obecnym poziomie 5.000 PLN, nawet nie warto wspominać. Jak słusznie wskazuje się w doktrynie, kapitał zakładowy to wskaźnik poziomu zaangażowania wspólników, a nie gwarant wiarygodności finansowej (tak: T. Siemiątkowski, R. Potrzeszcz [w:] Kodeks spółek handlowych. Komentarz. Tytuł III Spółki kapitałowe. Dział I. Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Tom 2, red. T. Siemiątkowski, R. Potrzeszcz, komentarz do art. 174).

Na koniec podkreślamy, że nasz artykuł nie ma na celu bezkrytycznej afirmacji planowanych rozwiązań, ani nie stara się przesądzić, czy szczegółowe propozycje planowanej ustawy są skonstruowane w sposób prawidłowy. Tego typu dyskusja toczy się w doktrynie i jest jak najbardziej potrzebna. Zwracamy jedynie uwagę, że propozycja odejścia od wymogu istnienia w sp. z o.o. kapitału zakładowego, lub praktycznego zniesienia jego normatywnego minimum, sama w sobie ani nie rujnuje podwalin polskiego systemu prawa spółek, ani nie narusza bezpieczeństwa obrotu.

 

+ posts

Szymon jest uznawany za jednego z wiodących specjalistów Venture Capital na polskim rynku. Specjalizuje się w transakcjach M&A na rynku publicznym oraz prywatnym, w tym w zakresie krajowych i zagranicznych transakcji pracując dla spółek publicznych, akcjonariuszy, firm rodzinnych, spółek wielobranżowych czy funduszy PE/VC. Posiada również doświadczenie w zakresie kompleksowej obsługi biznesu klientów zagranicznych, klientów prywatnych, funduszy (w tym VC), obsługi prawnej startupów, w zakresie restrukturyzacji grup spółek czy też świadczenia usług z zakresu prawa konkurencji. Jego ponad 10-letnie doświadczenie obejmuje w szczególności doradztwo z zakresu projektów M&A, finansowania typu PE/VC, restrukturyzacji, bieżącej obsługi przedsiębiorstw, finansowania dłużnego oraz prawa konkurencji. Jest autorem ponad 30 publikacji, w tym komentarzy do MAR, Prawa Pocztowego, Ustawy o obligacjach oraz Prawa rynku kapitałowego (w opracowaniu). Był prelegentem na przeszło 40 konferencjach. Członek International Bar Association. W 2016 r. znalazł się wśród laureatów V edycji konkursu „Prawnicy – liderzy jutra 2016”, organizowanego przez Dziennik Gazeta Prawna i Wolters Kluwer Polska oraz wyróżniony w kategorii „młodzi obiecujący” przez miesięcznik „Gentleman”. Rekomendowany przez Legal 500 (2019) w specjalizacji: prawo handlowe, spółki oraz M&A (Polska).

Ukończył Wydział Prawa i Administracji UW (dr), Szkołę Główną Handlową oraz Maurer School of Law (Magister Prawa).

E-mail: kancelaria@szymonsyp.com

Zobacz także
Showing 2 comments
  • Andrzej Tropaczyński
    Odpowiedz

    Panie Adamie, dziękujemy za komentarz. Co do meritum, to akurat brak odpowiedzialności wspólników za zobowiązania spółki z o.o. to w mojej ocenie dogmat, którego nie powinno się ruszać. Założenia projektu zawierają natomiast inne mechanizmy, które mają chronić wierzycieli. Chodzi np. o tzw. „test wypłacalności”, czy obowiązek tworzenia rezerwy na zobowiązania. Proszę zerknąć np. tutaj: https://ssyp.kylos.pl/korpo/zmierzch-kapitalu-zakladowego-w-spolkach-z-ograniczona-odpowiedzialnoscia-2/
    Pozdrawiam!

  • Bartosz Karolczyk
    Odpowiedz

    Adrian, zgadzam się z Tobą, że odpowiednik takiej instytucji jest potrzebny, i tak naprawdę nie jest to w mojej ocenie zależne od reformy kapitałowej sp.z o.o., ale to jest pieśń przyszłości przy obowiązującym modelu przerostu formy nad treścią. Przy czym zgadzam się, że co do zasady wierzycieli ma w zamierzeniu chronić test wypłacalności. We wszystkich tego rodzaju mechanizmach, które koniec końców nie zawierają bodźców do samodzielnego rozwiązania potencjalnego sporu, tylko nieuchronnie wiodą do sądu, widzę poważny problem nie tylko jako entuzjasta ekonomii behawioralnej, ale przede wszystkim jako procesualista i pragmatyk. Z wydajnością sądów i ich okrzepnięciem w realiach rynkowych jest ciężko, toteż w naturalny sposób będą powstawać praktyki czy też mechanizmy, które będą nakierowane na eliminację ryzyka w postaci sporu sądowego.

Skomentuj Bartosz Karolczyk Anuluj pisanie odpowiedzi

Ustawa o obligacjach. Komentarz
MAR. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie nadużyć na rynku. Komentarz
Prawo Pocztowe Komentarz
Postępowanie cywilne po nowelizacji. Komentarz dla pełnomocników procesowych i sędziów